poniedziałek, 24 grudnia 2012

Miłość

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma. 
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.

~ św. Paweł


czwartek, 20 grudnia 2012

Mały Książę i Róża



Mały Książę poszedł zobaczyć się z różami.
 - Nie jesteście podobne do mojej róży, nie macie jeszcze żadnej wartości - powiedział różom. - Nikt was nie oswoił i wy nie oswoiłyście nikogo. Jesteście takie, jaki był dawniej lis. Był zwykłym lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz zrobiłem go swoim przyjacielem i teraz jest dla mnie jedyny na świecie. 
Róże bardzo się zawstydziły.
 - Jesteście piękne, lecz próżne - powiedział im jeszcze. - Nie można dla was poświęcić życia. Oczywiście moja róża wydawałaby się zwykłemu przechodniowi podobna do was. Lecz dla mnie ona jedna ma większe znaczenie niż wy wszystkie razem, ponieważ ją właśnie podlewałem. Ponieważ ją przykrywałem kloszem. Ponieważ ją właśnie osłaniałem. Ponieważ właśnie dla jej bezpieczeństwa zabijałem gąsienice (z wyjątkiem dwóch czy trzech, z których chciałem mieć motyle). Ponieważ słuchałem jej skarg, jej wychwalań się, a czasem jej milczenia. Ponieważ... jest moją różą.

~ Antoine de Saint-Exupery


środa, 12 grudnia 2012

Jutro


Porozmawiajmy. Porozmawiajmy tak, jak rozmawiają przyjaciele. Powiem Ci wszystko, wszyściutko. Nie ominę żadnego szczegółu, obiecuję. I odpowiem na każde Twoje pytanie. Obyś tylko pytał.
Zacznę od początku. Spokojnie, wszystko ułożę po kolei, tak żebyś mógł zrozumieć. Bo rzeczywiście, w tym całym chaosie jakim jest moje życie, wszystko wymaga dokładnego wyjaśnienia. Więc bez obaw. Będę tłumaczyć. Przyczyny, zdarzenia i skutki. A jeśli coś będzie nie jasne, to zaczniemy od początku i będę tłumaczyć jeszcze dokładniej. Aż zrozumiesz.
Już nie mogę się doczekać aż zaczniemy. Przecież wtedy już będzie prościej, prawda? I mnie i Tobie. W końcu nie tak łatwo się połapać w cudzym życiu i w cudzych problemach. A skoro jeszcze nie wiesz tego, co dopiero Ci opowiem, to jak wcześniej miałeś mnie dobrze rozumieć? To przecież logiczne, najzupełniej jasne. I wiesz, że już czuję ulgę? Mimo, że jeszcze nie zaczęliśmy. Sama wizja tego, że w końcu będzie nam z tym wszystkim lżej jest pokrzepiająca. Chociaż nie wiem czy Tobie będzie, ale mi na pewno. To chyba trochę jak pozbycie się problemów, takie opowiedzenie o nich komuś bliskiemu. Łatwiej będzie nam sobie z nimi poradzić. Nam, tak, nam. W końcu od teraz chcę, żebyś już wszystko o mnie wiedział. O tym, co niszczy mnie od środka.
Czy się wstydzę? Tak, może trochę. W końcu zamierzam mówić "prawdę i tylko prawdę". Powiem wszystko, co tylko pamiętam. Wszystko. A to przecież jest jak takie rozebranie się publicznie przed obcymi. Wiem, wiem, że Ty akurat nie jesteś nikim obcym, ale co to zmienia? Przecież to wszystko dotąd było tylko moje. Nikogo więcej. I tyle lat przeżyłam z myślą, że to coś wstydliwego, coś, czego nie można wydać na światło dzienne, bo zatruje rzeczywistość.Chyba rozumiesz, o co mi chodzi.
Tak więc, do rzeczy. Tak. Miałam zacząć od samego początku, więc zacznijmy w końcu. Tylko... późno już. Dziś już przecież nie zdążymy, a to raczej długa historia, to moje życie. Chcesz już iść spać? Dobrze, nie szkodzi. Jutro wszystko Ci opowiem.


wtorek, 11 grudnia 2012

Kaganiec

"Kiedy zdechł Król, pamiętasz, wyprawiłyśmy mu pogrzeb. Nie powiedziałam ci wtedy, że gdy umierał, a nie wiedziałam, że umiera, biegał po domu i wszystkich gryzł. Założyłam mu kaganiec. Chyba się przestraszyłam.
A teraz sama chciałabym was wszystkich pogryźć. Żebyście do krwi poczuli to wasze życie.
Puk. Puk, puk. Puk, puk..."
~ Jasne błękitne okna






Załóżcie mi kaganiec. Za głośno chciałabym umrzeć.


sobota, 8 grudnia 2012

Gdybyś wiedział, pękłoby Ci serce.


Nie ma Cię gdy moje  życie spada w dół
i nie ma Cię gdy wszystko łamie się na pół.
Nie ma Cię i nie wiem już gdzie jesteś,
ale dobrze, że nie wiesz co u mnie,
bo pękłoby Ci serce.

Pezet - Spadam

niedziela, 2 grudnia 2012

sobota, 24 listopada 2012

Don't go



Don't go
I can't do this on my own
 
Don't go
No I can't do this on my own

Save me from the ones that haunt me in the night.

I can't live with myself, so stay with me tonight.

Don't go
I can't do this on my own
 
Don't go
No I can't do this on my own

Save me from the ones that haunt me in the night.
I can't live with myself, so stay with me tonight.

Don't go
I can't do this on my own
 
Don't go
No I can't do this on my own

Save me from the ones that haunt me in the night.
I can't live with myself, so stay with me tonight.

Don't go
I can't do this on my own
 
Don't go
No I can't do this on my own

Save me from the ones that haunt me in the night.
I can't live with myself, so stay with me tonight.

Don't go
I can't do this on my own
 
Don't go
No I can't do this on my own

Save me from the ones that haunt me in the night.
I can't live with myself, so stay with me tonight.

Don't go
I can't do this on my own
 
Don't go
No I can't do this on my own

Save me from the ones that haunt me in the night.
I can't live with myself, so stay with me tonight.

Don't go
I can't do this on my own
 
Don't go
No I can't do this on my own

Save me from the ones that haunt me in the night.
I can't live with myself, so stay with me tonight.

czwartek, 15 listopada 2012

The end

"If I could tear you from the ceiling
I'd freeze us both in time
I'd fill your every breath with meaning
And find the place we both could hide"


 

But you'd never do.

sobota, 10 listopada 2012

Wyszłam z siebie, zaraz wracam

Przystanęłam obok i patrzę. I patrzę, i patrzę, i patrzę...

...osobowość nieodgadywalna. Absolutna nieokreśloność myśli i działań, celów i pragnień. Struktura nie do opisania, umysł nie do przeniknięcia. Twór złożony z wyidealizowanej wizji samego siebie połączony z zaczerniającym wszystko egoizmem. Marna karykatura duchowości aż nad to przepełniona emocjonalizmem, gardząca życiem, na własne potrzeby. Istota karmiąca się pragnieniem skrajności emocjonalnej, której składnikiem szczęścia i spełnienia jest absolutne nieszczęście. Rozczarowana sobą, przepełniona poczuciem niespełnienia. Charakter werteryczny i cierpiętniczy, niezdolny do wyjścia poza krąg samouwielbienia. Ja.






P.S. 
Dziwny jest ten świat, (...) człowiekiem gardzi człowiek.

środa, 10 października 2012

Sto tysięcy kilometrów ode mnie.















Nie widziałam cię już od miesiąca.
I nic. Jes­tem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bar­dziej milcząca,
Lecz wi­dać można żyć bez po­wiet­rza. 

~ Maria Pawlikowska - Jasnorzewska




















czwartek, 4 października 2012

Requiem for a dream

Zsynchronizujmy oddechy.
Wdech - ja.
Wydech - ty.

Cicho sza.
Setki kilometrów ode mnie ktoś właśnie zasypia.
Zamilknij piekielna stolico.
Chcę słuchać.

Chłonę szmer zamykanych powiek.
Szelest włosów kładzionych na poduszkę.
Każdy głęboki wdech.
Bicie sreca.
Twojego serca.
Mojego serca.
Ciepłe wargi.
Nagie ramiona.

Za daleko.

Biegnę do Ciebie z prędkością światła.
Żebym tylko zdążyła ucałować Cię przed samym zaśnięciem.
W mojej głowie.
Tylko w mojej głowie.

Zasnąłeś.
Mogę spać spokojnie.
Dobranoc.

czwartek, 28 czerwca 2012

Bezdomność




Mam dom, budynek z szarej cegły. Adres zameldowania, ściany i meble. Mam gdzie spać i zjeść. Mogę z niego wychodzić i zawsze do niego wrócić. A kiedy wrócę nikt nie spyta skąd przyszłam i nie przejmie się tym, że złapałam przeziębienie.
Mam dom. Miejsce, gdzie dziwnie się czuję przebywając z kimś w jednym pomieszczeniu. Gdzie ludzie mijają się w korytarzu patrząc w podłogę. Gdzie nikt nie pyta „zrobić ci herbatę?”. I każdy ma swoje sprawy, swoje problemy, swoje życie.

Chcę Domu. Szukam go na ulicach, w cudzych wyrazach twarzy, w oczach innych ludzi. Patrzę i osądzam – tak, ta pani musi mieć Dom. Rozglądam się wśród obcych i zastanawiam czy Dom da się wybudować w pojedynkę. A jeśli tak, to czy tak powstały będzie mógł nazywać się Prawdziwym Domem. Patrzę na ludzi i dzielę ich na dwie grupy. Na szczęśliwych i tych skazanych na bezdomność.

„Home is where your heart is.”






 










poniedziałek, 25 czerwca 2012

Powroty




Życie biegnie. Ono biegnie, ja biegnę, i ty biegniesz. My biegniemy. Oni też biegną.

I wszyscy zginiemy w imię wpojonego nam poglądu, że żeby być kimś, trzeba spełniać oczekiwania. Musimy być JACYŚ. Ładnie ubrać się do kościółka, mówić dzień dobry sąsiadom, robić dobre pierwsze wrażenie, sztywno trzymać się przyszytego do kręgosłupa kostiumu. Żyć w świecie zmyślonym tak bardzo, jak nasze sztuczne zachowania.

Nie, nie możemy być sobą. Ja nie mogę i ty nie możesz, tak więc my nie możemy. Spokojnie, oni też nie mogą.

A świat umiera. W zatłoczonych tramwajach sekunda po sekundzie wszyscy giną. Umierają goniąc taksówkę albo zerwanego ze smyczy psa. Widzisz? My giniemy i oni giną. Bo ktoś kiedyś powiedział nam, że musimy spełniać oczekiwania. Dobrze się uczyć, skończyć studia, znaleźć kogoś porządnego, wybudować dom, zasadzić drzewo, płacić składki na ubezpieczenie zdrowotne. I każdego dnia umierać na przejściach dla pieszych, w obskurnych barach szybkiej obsługi, umierać na sygnał dzwoniącego budzika, bo tak nam narzucono.

Gniją nam serca, gniją nam dłonie. Nie mamy się za co trzymać i nie możemy kochać. Nie, my nie kochamy. Nie liczymy łez wylanych nad jedną piosenką, nie dostajemy gęsiej skórki, nie piszemy krwią po ścianach. Nie umiemy być bezsilni. Nie czujemy. Nie jesteśmy.


Widzisz? Musimy ocalić ludzkość. „Soulmates never die.”











niedziela, 17 czerwca 2012

Spadam


 
Wróciłam nad przepaść, po raz kolejny. Rytuał znów się powtórzył. Cały czas niebezpiecznie się do niej zbliżałam a kiedy byłam na krawędzi patrzyłam ze strachem w dół – wrodzony lęk wysokości wygrywał i w panice uciekałam jak najdalej od niej. Kilka dni, kilka tygodni spokoju, by za jakiś czas powtórzyć wszystko od początku, znów wrócić nad przepaść i balansować na krawędzi.

Jestem blisko, a może już u celu. Patrzę w otchłań i widzę to samo co zwykle -  czarna pustka bez nadziei na to, że kiedyś coś się zmieni i wyrwę się z utartych schematów, ze środka błędnego, rozpędzonego koła, z którego nie da się wyskoczyć nie ryzykując złamania ręki czy nogi.

Patrzę w dół i tym razem chcę skoczyć. Chcę bardziej niż zwykle. Ale im bardziej chcę, tym bardziej „coś” mi nie pozwala. Trzyma mnie z tyłu za rękę i nie daje wykonać kroku. „Coś” silniejszego od moich rąk, zdolnego unieruchomić je swoim uściskiem. „Coś”, co próbuje mnie przekonać, że nie jest tak źle, jak się wydaje, wcale nie tak, jak ja twierdzę, że jest.

Ale skąd „coś” może to wiedzieć? No skąd? Nawet najlepiej dobrane słowa nigdy nie będą w stanie opisać tego, co siedzi w środku. Nie da się opisać pustki, rozpaczy, samotności, strachu, poczucia beznadziei... bla, bla, bla. Można by wymieniać i wymieniać, tylko po co? Przecież wszystko i tak prędzej czy później zostanie sprowadzone do jednego, krótkiego: „Natalia, przesadzasz.” 







"Wszystko będzie dobrze – powiedział (...); nie bardzo w to wierzył, lecz była to litania, był to psałterz, głos dorosłego wołający w głąb czarnej studni lat, w ciasną dziurę rozpaczliwego dzieciństwa; tak się mówi, gdy wszystko jest źle, to było światełko w ciemną noc, niezdolne wystraszyć potwora z szafy, lecz zdolne utrzymać go w szafie jeszcze przez chwilę; był to głos bez mocy, który musiał mówić – mimo wszystko. Wszystko będzie dobrze – powtórzył, nie bardzo w to wierząc, wiedząc to, co wszyscy dorośli wiedzą w głębi serca, że nic nigdy nie jest dobrze. Wszystko będzie dobrze. Płakał. Teraz nic nie mógł na to poradzić.” 

~ Stephen King, Podpalaczka

















  








 Niechciany anioł

Zamknięty pośród słońca słów
Schowany za znakami dróg
Za daleko od nieba

Wstałeś za późno by żyć
Słońce daje znak więc idź
Powtarzaj: im mnie nie trzeba

Za chwilę wstanie ponownie
Nie dając czasu nocy niespokojnej
Stań pośród nich

Na granicy wschodu pozostałe
Stłumione brzaskiem jedno pióro białe
Przeklęty świt

~ Tala, 2008









***

tutaj leży Izold jasnowłosa
biała Izold o złotym warkoczu
bardzo jasno jest w szpitalu nocą
świecą ogniki oczu

trzepotliwy oddech o ściany
tłucze się jak uwięziony ptak
na spotkanie wybiega mu wiatr
w korytarze wąskie zabłąkany

i wiem że się nieodwołalne stanie
nim obudzi okna nowy dzień
na szpitalnym łóżku złota cień
i szept wiatru poza oknem - Tristanie

~ Halina Poświatowska












 

środa, 30 maja 2012

sobota, 19 maja 2012

Muzyka nocą

Czy to nasze usta są jak nie dobite kry?
W martwych pocałunkach poprzerywanych w pół?
Tak. To nasze usta nie szukają brzegów swych.
Miedzy ustami wyrósł nam Merliński Bur.

Do Cafe Sztok wpadam często by zobaczyć że to jeszcze nie my...



 
 Przez granice niespokojnych krain płyną nowotwory szalonego gniewu.
Giną słońca, napęczniałe krzywdą oceany występują z brzegów.
Miną wieki, zanim wróci światło, miną światy, zanim wróci spokój.
Kto ma uszy, niechaj słucha bacznie, że już nic nie zdoła pomóc.



 

 
 
 To think I might not see those eyes
it makes it so hard not to cry.
And as we say our long goodbyes,
I nearly do.


This one world vision turns us in to compromise
What good's religion when it's each other we despise?
Damn the government, damn their killing, damn their lies.

It's okay, dry your eye.
Soulmates never die.











 

poniedziałek, 14 maja 2012

NIc nie jest warte tego, by było czegoś warte.




Nie do wiary, jak pusto się we mnie zrobiło. W ciągu chwili, jak na pstryknięcie palców. Bo przecież chwila wystarczy by rzucić zapałkę i podpalić stos, chwila żeby wyskoczyć z okna na jedenastym piętrze.
Tak więc szukam odpowiedniego budynku a w kilka chwil później stoję na krawędzi. Dwa centymetry od przepaści. Mając dwie drogi do wyboru. Jak my. Bo nas też jest dwoje.
Wytężam mózg po raz kolejny. Myślę najintensywniejszym procesem myślowym, jaki kiedykolwiek mógł w nim zaistnieć. Używam najsilniejszej perswazji, by przekonać samą siebie. Wmawiam sobie utartą frazę, wmawiam ją sobie nachalnie i bezczelnie. Nie, nie wierzę.
Na czym to stanęło? Aha, jestem nad przepaścią. Trzymam się framugi okna, ale jakoś niedbale. W zasadzie to przestało mi na czymkolwiek zależeć. Skończył się mój świat, w którym dane mi było na chwilę oszaleć ze szczęścia. Przed sobą widzę tylko pustą przestrzeń bez horyzontu. I nie dostrzegam tam nikogo, kto mógłby pozwolić mi znów uwierzyć. Nikt nikomu już nie szepcze do ucha, nikt dla nikogo nie umiera.
Przecież mogę się wycofać. W każdej chwili zejść na podłogę, zamknąć okno i bezpiecznie zjechać windą w dół. Mogę znów położyć się pod kocem, mocząc poduszkę. Mogę nie wychodzić z łóżka przez tydzień, nic nie jeść, przestać rozróżniać dzień i noc. Mogę zacząć oglądać kreskówki, palić papierosy, kaleczyć uszy najgłośniejsza muzyką. Nie mogę tylko cofnąć czasu.
Jestem? Nie, chyba nie. To tylko kilkanaście metrów kwadratowych skóry zamykającej pustkę. Nie słyszę, nie widzę, nie czuję. Nie potrafię już czuć. Obojętne mi już co postanowisz ze mną zrobić. Którą drogą mnie poprowadzisz. Czy pociągniesz za rękę na podłogę, czy zepchniesz, tym razem do końca. A może wyskoczysz przede mną. A może...
            Ścianę zewnętrzną budynku pokrywają małe, czarne kropeczki. Ah, jakie one zabawne. Mają takie ciekawe kształty. Może jeszcze zdążę z nimi chwilkę porozmawiać.
            Kim jesteś? Chyba cię nie poznaję. Przez chwilę tak bardzo się zmieniłeś. Jakbyś odleciał odrzutowcem kilkaset kilometrów od mojego serca a wracać musiał na piechotę. Boję się, że nie zdążysz, bo przyzwyczaję się, że cię nie ma. A przecież tyle pustki mam teraz w sobie do zapełnienia: po szczęściu, po zaufaniu, po poczuciu bycia kimś ważnym. A teraz nic już tam nie ma. Nie ma nadziei, nie ma marzeń, nie ma snów.
Kim jesteś? Bo ja jestem nikim. Dwie drogi. Góra i dół. Wdech i wydech. Dzień i noc. Szczęście i...puffff! I nic.







Leave me out with the waste this is not what I do.
It's the wrong kind of place to be thinking of you.









 

"Oto nadchodzi koniec świata. Oto nadciąga, zbliża się czy raczej przypełza mój własny koniec świata. Koniec mego osobistego świata. Ale zanim mój wszechświat rozpadnie się w gruzy, rozsypie na atomy, eksploduje w próżnię, czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej Golgoty, ostatnie okrążenie w tym maratonie, ostatnie kilka szczebli w dół albo w górę po drabinie bezsensu."












 ...and i can't face the evening straight,
and you can offer me escape.
Houses move and houses speak.
If you take me there you'll get relief, believe.















piątek, 11 maja 2012

Słowotwórstwo


Zadanie nr 26.
Uzupełnij puste miejsca. Litery czytane kolejno utworzą rozwiązanie.


PRA_DA
M_ŁOŚĆ
TĘ_KNOTA
STRAC_

ŁZ_
P_CAŁUNKI
ZA_FANIE

_SPOMNIENIA
PRZ_BACZENIE
ST_ATA
BEZS_NS

C_ŁOPAK
CIERPI_NIE
SE_CE
KONI_C







 It's you that I live for and for you I die.
So I'll lay here with you till the final goodbye.











***

 jeszcze nie wspomniałam o miłości
miłość
tak ona jedna
nie podlega upływowi czasu
trwa -
jeśli jest - jest wieczna
a jeśli jej nie ma

klepsydry oceanów toczą ziarna piasku
księżyc nieustannie odmienia złotą twarz
pociemniałym światem ciągnie ogromny wiatr

nie ma zmiłowania
nie ma odkupienia
nie ma nas
nie ma
nie ma

Halina Poświatowska

















sobota, 5 maja 2012

Bez ciebie nie zasnę


Zgiełk myśli, tysiące urojeń. Za dużo ich w mojej głowie. Chore wyobrażenia przewijają się z jednego końca łóżka na drugi. Rozbudzają mnie za każdym razem kiedy wydaję mi się, że zasypiam. Idealizuję. A rzeczywistość oblewa mnie kubłem zimnej wody i śmieje się ze mnie. Bo ciągle brakuje mi odwagi, żeby się z nią zmierzyć. Nie potrafię zrealizować tego, co nie daje mi zasnąć. Jestem chora na bezsilność i wstyd. Wstydzę się siebie i swojej bezsilności. I boję się, że ktoś po raz kolejny obleje mi twarz zimną wodą. Boję się, że przecież nie będzie tak, jak bym chciała żeby było. Tak jak mi się śni. Że w końcu po prostu uśmiechniesz się i odejdziesz. A ja nie będę miała już siły, żeby krzyknąć, że nadal potrzebuję twoich słów obok mojego ucha.
Powiedz, że też się boisz. Że boisz się o mnie, o nas, że nie chcesz mnie zranić. Mów mi o głupotach tego rodzaju, będzie mi łatwiej. Możesz kłamać. Kłam ile wlezie. Chociaż przez chwilę poczuję się lepiej, bliżej zmyślonych ideałów.
Może kiedyś położysz się tu, obok. Bliżej moich myśli. Może zostaniesz. A może przeciekniesz mi przez palce i nawet nie zauważę, że już cię nie ma. I nie będę umiała odróżnić czy kiedykolwiek byłeś. Bo gubię się we własnych urojeniach. Skoro jestem obca nawet dla siebie to jak mogę być bliska tobie?
Wiem, że potrzebuję cię tak jak palacz nikotyny. I nigdy nie będę potrafiła cię rzucić, jak rzuca się palenie. Jesteś we mnie za głęboko. Nawet jeśli nie wiesz o wszystkich momentach, kiedy mam ochotę wyskoczyć z okna, albo kiedy składam się w całość, bo ktoś znowu rozsypał mnie na milion drobnych kawałków. Nawet jeśli nigdy nie widziałeś jak trzęsę się od trwającego wieki szlochu. Albo jeśli nie podejrzewasz, że czasami lubię się zastanawiać „co by było, gdyby?”. Nawet jeśli  nigdy się nie dowiesz i nigdy nie zobaczysz. Chociażbyś nigdy miał nie zrozumieć. Potrzebuję cię. Bo mój świat chyba znowu się kończy.





„Może grzechem pierworodnym jest ten kwas rybonukleinowy, co go przejąłem nie wiadomo po kim? 
Ten tajemniczy szyfr wystrzelony z dalekich gigantycznych galaktyk grzeszności. (...) 
Może za ten grzech-niegrzech będziemy sądzeni w dniu Sądu Ostatecznego?”






Strange infatuation seems to grace the evening tide.
Such imagination seems to help the feeling slide.
Instant correlation sucks and breeds a pack of lies.
Oversaturation curls the skin and tans the hide.

I'll take it by your side.






You try to break the mould before you get too old.
You try to break the mould before you die.


















czwartek, 26 kwietnia 2012

You understand me more than anyone ever.



Są takie słowa, które całe życie czekają na to, żeby zostać wypowiedziane. Bo musisz znaleźć Kogoś, do Kogo twoje słowa należą. Nikt inny ich nie zrozumie i nikt inny nie może ich przyjąć. Tylko Ktoś wie, co z tymi słowami zrobić, bo to TWOJE słowa. One pasują do Niego i On potrzebuje twoich słów, aby mógł je uznać za własne. One stają się Nim, a On staje się tobą, bo ma to, co twoje. A skoro ty Nim jesteś to oboje jesteście twoimi słowami. I razem rozumiecie więcej niż ktokolwiek jest w stanie zrozumieć. I jesteście bardziej niż ktokolwiek zdołał być.
I wtedy nic już nie potrzeba mówić.







 









"Miłość to wręczenie komuś broni 
wycelowanej we własne serce 
i nadzieja, że nigdy nie pociągnie za spust."















Beznadziejność wcielona

„Ktoś mnie opuścił w ten smutny dzień słotny.
Kto? Nie wiem. Ktoś odszedł i jestem samotny.”








Cienkimi szparami do pokoju wpychają się promienie światła. Bezczelnie. Bo nikt ich tu nie zapraszał.
Oddycham. Unoszę się i opadam. Góra – dół.
Zakłócasz mi spokój. Myśli. Zakłócasz mi mnie.
A ja? Zakrywam się kołdrą i udaję, że mnie nie widać. Nie pasuję do świata. Będąc sobą nie umiem dostosować się do ludzi. Nie umiem być tym, kim myślę, że jestem. Kim marzę, żeby być. Nie spełniam oczekiwań. Nie wpisuję się w normy. Kwalifikuję się do kategorii *inne* w każdym formularzu. Jestem niezrozumiałą nachalnością wpychającą się w ludzkie życie dla ustanowienia tła. Istnieję dla zasady i udaję człowieka. Otwarte codziennie w godzinach 6.30 - 23.00. Chcesz wejść. Pukasz w szybę i pytasz „jest tam kto?”.
-         Bądź.
-         Jestem.

Gdzieś popełniono błąd. Wszystkie problemy sprowadzają się do tego, że to we mnie jest problem. Za dużo napchali mi w ten dziwny, czerwony worek w klatce piersiowej. A jak przestaje się mieścić to wysypuje się na zewnątrz. I wybucha.
-         Za dużo mi dałeś empatii, żebym mogła nie płakać nad ludźmi. Za dużo, żebym mogła się nie przejmować i kazać im iść mnie w cholerę. Dzięki ci, Panie. To bardzo wygodne.
-          
Efektem domina zawalają się we mnie po kolei, budowane misternie – stabilność za stabilnością. Codziennie wieczorem staram się tam trochę ogarnąć – żeby nie zabić się o bałagan jaki sobie wytwarzam. Chcę odłożyć wszystko na swoje miejsce, a potem orientuje się, że nic tam nie ma „swojego miejsca”.

Kładę się na plecach, zamykam oczy. Skupiam się na rytmie mojego oddechu. Wyobrażam sobie dźwięk twojego przy moim uchu.
Płaczę. Nie pytaj czemu, nie wiem.
Po prostu pomóż mi „tu” posprzątać. Bo sama sobie nie poradzę.






(...)
 Jeśli jednak nie zawiedziesz,
z łez ulejesz wiarę w to, że oddychasz, bo i ja oddycham,
nie ucieknę stąd.











 „Więc ja chciałbym twoje serce ocalić od zapomnienia.”












"Ty nie jesteś kobietą, ty jesteś wyzwaniem."


















  


  


  











 






  



 





(...)
i tylko czasem
naprzeciw słońca
w zmrużonych oczach błysk
chwila roztrącona na tęczę
twarzą w twarz
naprzeciw słońca
w oślepłych oczach
treść niknąca...
na krańcach
miłość    śmierć