środa, 30 maja 2012

sobota, 19 maja 2012

Muzyka nocą

Czy to nasze usta są jak nie dobite kry?
W martwych pocałunkach poprzerywanych w pół?
Tak. To nasze usta nie szukają brzegów swych.
Miedzy ustami wyrósł nam Merliński Bur.

Do Cafe Sztok wpadam często by zobaczyć że to jeszcze nie my...



 
 Przez granice niespokojnych krain płyną nowotwory szalonego gniewu.
Giną słońca, napęczniałe krzywdą oceany występują z brzegów.
Miną wieki, zanim wróci światło, miną światy, zanim wróci spokój.
Kto ma uszy, niechaj słucha bacznie, że już nic nie zdoła pomóc.



 

 
 
 To think I might not see those eyes
it makes it so hard not to cry.
And as we say our long goodbyes,
I nearly do.


This one world vision turns us in to compromise
What good's religion when it's each other we despise?
Damn the government, damn their killing, damn their lies.

It's okay, dry your eye.
Soulmates never die.











 

poniedziałek, 14 maja 2012

NIc nie jest warte tego, by było czegoś warte.




Nie do wiary, jak pusto się we mnie zrobiło. W ciągu chwili, jak na pstryknięcie palców. Bo przecież chwila wystarczy by rzucić zapałkę i podpalić stos, chwila żeby wyskoczyć z okna na jedenastym piętrze.
Tak więc szukam odpowiedniego budynku a w kilka chwil później stoję na krawędzi. Dwa centymetry od przepaści. Mając dwie drogi do wyboru. Jak my. Bo nas też jest dwoje.
Wytężam mózg po raz kolejny. Myślę najintensywniejszym procesem myślowym, jaki kiedykolwiek mógł w nim zaistnieć. Używam najsilniejszej perswazji, by przekonać samą siebie. Wmawiam sobie utartą frazę, wmawiam ją sobie nachalnie i bezczelnie. Nie, nie wierzę.
Na czym to stanęło? Aha, jestem nad przepaścią. Trzymam się framugi okna, ale jakoś niedbale. W zasadzie to przestało mi na czymkolwiek zależeć. Skończył się mój świat, w którym dane mi było na chwilę oszaleć ze szczęścia. Przed sobą widzę tylko pustą przestrzeń bez horyzontu. I nie dostrzegam tam nikogo, kto mógłby pozwolić mi znów uwierzyć. Nikt nikomu już nie szepcze do ucha, nikt dla nikogo nie umiera.
Przecież mogę się wycofać. W każdej chwili zejść na podłogę, zamknąć okno i bezpiecznie zjechać windą w dół. Mogę znów położyć się pod kocem, mocząc poduszkę. Mogę nie wychodzić z łóżka przez tydzień, nic nie jeść, przestać rozróżniać dzień i noc. Mogę zacząć oglądać kreskówki, palić papierosy, kaleczyć uszy najgłośniejsza muzyką. Nie mogę tylko cofnąć czasu.
Jestem? Nie, chyba nie. To tylko kilkanaście metrów kwadratowych skóry zamykającej pustkę. Nie słyszę, nie widzę, nie czuję. Nie potrafię już czuć. Obojętne mi już co postanowisz ze mną zrobić. Którą drogą mnie poprowadzisz. Czy pociągniesz za rękę na podłogę, czy zepchniesz, tym razem do końca. A może wyskoczysz przede mną. A może...
            Ścianę zewnętrzną budynku pokrywają małe, czarne kropeczki. Ah, jakie one zabawne. Mają takie ciekawe kształty. Może jeszcze zdążę z nimi chwilkę porozmawiać.
            Kim jesteś? Chyba cię nie poznaję. Przez chwilę tak bardzo się zmieniłeś. Jakbyś odleciał odrzutowcem kilkaset kilometrów od mojego serca a wracać musiał na piechotę. Boję się, że nie zdążysz, bo przyzwyczaję się, że cię nie ma. A przecież tyle pustki mam teraz w sobie do zapełnienia: po szczęściu, po zaufaniu, po poczuciu bycia kimś ważnym. A teraz nic już tam nie ma. Nie ma nadziei, nie ma marzeń, nie ma snów.
Kim jesteś? Bo ja jestem nikim. Dwie drogi. Góra i dół. Wdech i wydech. Dzień i noc. Szczęście i...puffff! I nic.







Leave me out with the waste this is not what I do.
It's the wrong kind of place to be thinking of you.









 

"Oto nadchodzi koniec świata. Oto nadciąga, zbliża się czy raczej przypełza mój własny koniec świata. Koniec mego osobistego świata. Ale zanim mój wszechświat rozpadnie się w gruzy, rozsypie na atomy, eksploduje w próżnię, czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej Golgoty, ostatnie okrążenie w tym maratonie, ostatnie kilka szczebli w dół albo w górę po drabinie bezsensu."












 ...and i can't face the evening straight,
and you can offer me escape.
Houses move and houses speak.
If you take me there you'll get relief, believe.















piątek, 11 maja 2012

Słowotwórstwo


Zadanie nr 26.
Uzupełnij puste miejsca. Litery czytane kolejno utworzą rozwiązanie.


PRA_DA
M_ŁOŚĆ
TĘ_KNOTA
STRAC_

ŁZ_
P_CAŁUNKI
ZA_FANIE

_SPOMNIENIA
PRZ_BACZENIE
ST_ATA
BEZS_NS

C_ŁOPAK
CIERPI_NIE
SE_CE
KONI_C







 It's you that I live for and for you I die.
So I'll lay here with you till the final goodbye.











***

 jeszcze nie wspomniałam o miłości
miłość
tak ona jedna
nie podlega upływowi czasu
trwa -
jeśli jest - jest wieczna
a jeśli jej nie ma

klepsydry oceanów toczą ziarna piasku
księżyc nieustannie odmienia złotą twarz
pociemniałym światem ciągnie ogromny wiatr

nie ma zmiłowania
nie ma odkupienia
nie ma nas
nie ma
nie ma

Halina Poświatowska

















sobota, 5 maja 2012

Bez ciebie nie zasnę


Zgiełk myśli, tysiące urojeń. Za dużo ich w mojej głowie. Chore wyobrażenia przewijają się z jednego końca łóżka na drugi. Rozbudzają mnie za każdym razem kiedy wydaję mi się, że zasypiam. Idealizuję. A rzeczywistość oblewa mnie kubłem zimnej wody i śmieje się ze mnie. Bo ciągle brakuje mi odwagi, żeby się z nią zmierzyć. Nie potrafię zrealizować tego, co nie daje mi zasnąć. Jestem chora na bezsilność i wstyd. Wstydzę się siebie i swojej bezsilności. I boję się, że ktoś po raz kolejny obleje mi twarz zimną wodą. Boję się, że przecież nie będzie tak, jak bym chciała żeby było. Tak jak mi się śni. Że w końcu po prostu uśmiechniesz się i odejdziesz. A ja nie będę miała już siły, żeby krzyknąć, że nadal potrzebuję twoich słów obok mojego ucha.
Powiedz, że też się boisz. Że boisz się o mnie, o nas, że nie chcesz mnie zranić. Mów mi o głupotach tego rodzaju, będzie mi łatwiej. Możesz kłamać. Kłam ile wlezie. Chociaż przez chwilę poczuję się lepiej, bliżej zmyślonych ideałów.
Może kiedyś położysz się tu, obok. Bliżej moich myśli. Może zostaniesz. A może przeciekniesz mi przez palce i nawet nie zauważę, że już cię nie ma. I nie będę umiała odróżnić czy kiedykolwiek byłeś. Bo gubię się we własnych urojeniach. Skoro jestem obca nawet dla siebie to jak mogę być bliska tobie?
Wiem, że potrzebuję cię tak jak palacz nikotyny. I nigdy nie będę potrafiła cię rzucić, jak rzuca się palenie. Jesteś we mnie za głęboko. Nawet jeśli nie wiesz o wszystkich momentach, kiedy mam ochotę wyskoczyć z okna, albo kiedy składam się w całość, bo ktoś znowu rozsypał mnie na milion drobnych kawałków. Nawet jeśli nigdy nie widziałeś jak trzęsę się od trwającego wieki szlochu. Albo jeśli nie podejrzewasz, że czasami lubię się zastanawiać „co by było, gdyby?”. Nawet jeśli  nigdy się nie dowiesz i nigdy nie zobaczysz. Chociażbyś nigdy miał nie zrozumieć. Potrzebuję cię. Bo mój świat chyba znowu się kończy.





„Może grzechem pierworodnym jest ten kwas rybonukleinowy, co go przejąłem nie wiadomo po kim? 
Ten tajemniczy szyfr wystrzelony z dalekich gigantycznych galaktyk grzeszności. (...) 
Może za ten grzech-niegrzech będziemy sądzeni w dniu Sądu Ostatecznego?”






Strange infatuation seems to grace the evening tide.
Such imagination seems to help the feeling slide.
Instant correlation sucks and breeds a pack of lies.
Oversaturation curls the skin and tans the hide.

I'll take it by your side.






You try to break the mould before you get too old.
You try to break the mould before you die.