Mam dom, budynek z szarej cegły. Adres zameldowania, ściany
i meble. Mam gdzie spać i zjeść. Mogę z niego wychodzić i zawsze do niego
wrócić. A kiedy wrócę nikt nie spyta skąd przyszłam i nie przejmie się tym, że
złapałam przeziębienie.
Mam dom. Miejsce, gdzie dziwnie się czuję przebywając z kimś
w jednym pomieszczeniu. Gdzie ludzie mijają się w korytarzu patrząc w podłogę.
Gdzie nikt nie pyta „zrobić ci herbatę?”. I każdy ma swoje sprawy, swoje
problemy, swoje życie.
Chcę Domu. Szukam go na ulicach, w cudzych wyrazach twarzy,
w oczach innych ludzi. Patrzę i osądzam – tak, ta pani musi mieć Dom. Rozglądam
się wśród obcych i zastanawiam czy Dom da się wybudować w pojedynkę. A jeśli
tak, to czy tak powstały będzie mógł nazywać się Prawdziwym Domem. Patrzę na
ludzi i dzielę ich na dwie grupy. Na szczęśliwych i tych skazanych na
bezdomność.
Życie biegnie. Ono biegnie, ja biegnę, i ty biegniesz. My
biegniemy. Oni też biegną.
I wszyscy zginiemy w imię wpojonego nam poglądu, że żeby być
kimś, trzeba spełniać oczekiwania. Musimy być JACYŚ. Ładnie ubrać się do
kościółka, mówić dzień dobry sąsiadom, robić dobre pierwsze wrażenie, sztywno
trzymać się przyszytego do kręgosłupa kostiumu. Żyć w świecie zmyślonym tak
bardzo, jak nasze sztuczne zachowania.
Nie, nie możemy być sobą. Ja nie mogę i ty nie możesz, tak
więc my nie możemy. Spokojnie, oni też nie mogą.
A świat umiera. W zatłoczonych tramwajach sekunda po
sekundzie wszyscy giną. Umierają goniąc taksówkę albo zerwanego ze smyczy psa.
Widzisz? My giniemy i oni giną. Bo ktoś kiedyś powiedział nam, że musimy
spełniać oczekiwania. Dobrze się uczyć, skończyć studia, znaleźć kogoś
porządnego, wybudować dom, zasadzić drzewo, płacić składki na ubezpieczenie
zdrowotne. I każdego dnia umierać na przejściach dla pieszych, w obskurnych
barach szybkiej obsługi, umierać na sygnał dzwoniącego budzika, bo tak nam
narzucono.
Gniją nam serca, gniją nam dłonie. Nie mamy się za co
trzymać i nie możemy kochać. Nie, my nie kochamy. Nie liczymy łez wylanych nad
jedną piosenką, nie dostajemy gęsiej skórki, nie piszemy krwią po ścianach. Nie
umiemy być bezsilni. Nie czujemy. Nie jesteśmy.
Widzisz? Musimy ocalić ludzkość. „Soulmates never die.”
Wróciłam nad przepaść, po raz kolejny. Rytuał znów się
powtórzył. Cały czas niebezpiecznie się do niej zbliżałam a kiedy byłam na
krawędzi patrzyłam ze strachem w dół – wrodzony lęk wysokości wygrywał i w
panice uciekałam jak najdalej od niej. Kilka dni, kilka tygodni spokoju, by za
jakiś czas powtórzyć wszystko od początku, znów wrócić nad przepaść i
balansować na krawędzi.
Jestem blisko, a może już u celu. Patrzę w otchłań i widzę
to samo co zwykle -czarna pustka bez
nadziei na to, że kiedyś coś się zmieni i wyrwę się z utartych schematów, ze
środka błędnego, rozpędzonego koła, z którego nie da się wyskoczyć nie
ryzykując złamania ręki czy nogi.
Patrzę w dół i tym razem chcę skoczyć. Chcę bardziej niż
zwykle. Ale im bardziej chcę, tym bardziej „coś” mi nie pozwala. Trzyma mnie z
tyłu za rękę i nie daje wykonać kroku. „Coś” silniejszego od moich rąk,
zdolnego unieruchomić je swoim uściskiem. „Coś”, co próbuje mnie przekonać, że
nie jest tak źle, jak się wydaje, wcale nie tak, jak ja twierdzę, że jest.
Ale skąd „coś” może to wiedzieć? No skąd? Nawet najlepiej dobrane słowa
nigdy nie będą w stanie opisać tego, co siedzi w środku. Nie da się opisać
pustki, rozpaczy, samotności, strachu, poczucia beznadziei... bla, bla, bla.
Można by wymieniać i wymieniać, tylko po co? Przecież wszystko i tak prędzej
czy później zostanie sprowadzone do jednego, krótkiego: „Natalia, przesadzasz.”
"Wszystko będzie dobrze – powiedział (...);
nie bardzo w to wierzył, lecz była to litania, był to psałterz, głos dorosłego
wołający w głąb czarnej studni lat, w ciasną dziurę rozpaczliwego dzieciństwa;
tak się mówi, gdy wszystko jest źle, to było światełko w ciemną noc, niezdolne
wystraszyć potwora z szafy, lecz zdolne utrzymać go w szafie jeszcze przez
chwilę; był to głos bez mocy, który musiał mówić – mimo wszystko. Wszystko
będzie dobrze – powtórzył, nie bardzo w to wierząc, wiedząc to, co wszyscy
dorośli wiedzą w głębi serca, że nic nigdy nie jest dobrze. Wszystko będzie
dobrze. Płakał. Teraz nic nie mógł na to poradzić.”