Są takie słowa, które całe życie czekają na to, żeby zostać
wypowiedziane. Bo musisz znaleźć Kogoś, do Kogo twoje słowa należą. Nikt inny
ich nie zrozumie i nikt inny nie może ich przyjąć. Tylko Ktoś wie, co z tymi
słowami zrobić, bo to TWOJE słowa. One pasują do Niego i On potrzebuje twoich
słów, aby mógł je uznać za własne. One stają się Nim, a On staje się tobą, bo
ma to, co twoje. A skoro ty Nim jesteś to oboje jesteście twoimi słowami. I
razem rozumiecie więcej niż ktokolwiek jest w stanie zrozumieć. I jesteście
bardziej niż ktokolwiek zdołał być.
Cienkimi szparami do pokoju wpychają się promienie światła.
Bezczelnie. Bo nikt ich tu nie zapraszał.
Oddycham. Unoszę się i opadam. Góra – dół.
Zakłócasz mi spokój. Myśli. Zakłócasz mi mnie.
A ja? Zakrywam się kołdrą i udaję, że mnie nie widać. Nie
pasuję do świata. Będąc sobą nie umiem dostosować się do ludzi. Nie umiem być
tym, kim myślę, że jestem. Kim marzę, żeby być. Nie spełniam oczekiwań. Nie
wpisuję się w normy. Kwalifikuję się do kategorii *inne* w każdym formularzu.
Jestem niezrozumiałą nachalnością wpychającą się w ludzkie życie dla
ustanowienia tła. Istnieję dla zasady i udaję człowieka. Otwarte codziennie w godzinach
6.30 - 23.00. Chcesz wejść. Pukasz w szybę i pytasz „jest tam kto?”.
-Bądź.
-Jestem.
Gdzieś popełniono błąd. Wszystkie problemy sprowadzają się
do tego, że to we mnie jest problem. Za dużo napchali mi w ten dziwny, czerwony
worek w klatce piersiowej. A jak przestaje się mieścić to wysypuje się na
zewnątrz. I wybucha.
-Za dużo mi dałeś empatii, żebym mogła nie płakać nad ludźmi.
Za dużo, żebym mogła się nie przejmować i kazać im iść mnie w cholerę. Dzięki
ci, Panie. To bardzo wygodne.
-
Efektem domina zawalają się we mnie po kolei, budowane
misternie – stabilność za stabilnością. Codziennie wieczorem staram się tam
trochę ogarnąć – żeby nie zabić się o bałagan jaki sobie wytwarzam. Chcę
odłożyć wszystko na swoje miejsce, a potem orientuje się, że nic tam nie ma „swojego
miejsca”.
Kładę się na plecach, zamykam oczy. Skupiam się na rytmie
mojego oddechu. Wyobrażam sobie dźwięk twojego przy moim uchu.
Płaczę. Nie pytaj czemu, nie wiem.
Po prostu pomóż mi „tu” posprzątać. Bo sama sobie nie
poradzę.
(...)
Jeśli jednak nie zawiedziesz,
z łez ulejesz wiarę w to, że oddychasz, bo i ja oddycham,
nie ucieknę stąd.
„Więc ja chciałbym twoje serce ocalić od
zapomnienia.”
"Ludzie (...) hodują pięć tysięcy
róż w jednym ogrodzie i nie znajdują w nich tego, czego szukają... Tymczasem
to, czego szukają może być ukryte w jednej róży.” Ludzie patrzą na siebie nie
potrafiąc spojrzeć w siebie i poza siebie. Obiecują, nie będąc odpowiedzialnymi
za drugiego człowieka. Niszczą, nie zwracając uwagi na to, jak dużo czasu
zajęło im tworzenie.
„Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoisz”, bo „człowiek naraża się na
łzy, gdy raz pozwoli się oswoić”. To niemal niemożliwe, wśród pięciotysięcznego
ogrodu znaleźć wyjątkowy kwiat i rozpoznać, jak bardzo jest nadzwyczajny. To
trudne patrzeć na kogoś i wiedzieć, że jest się gotowym dla tego człowieka
przedłożyć jego dobro ponad swoje. Ale to wspaniałe, wreszcie być dla Kogoś
KIMŚ.
Staram się wszystko sobie starannie poukładać. Uporządkować, tak, żeby miało swoje miejsce. Coś w rodzaju układania ubrań w szafie, albo książek na półce. I bardzo się troszczę o to, żeby nic nie zakłóciło mi tego sztucznego porządku, jaki sobie stworzę.
Ale to sprawdza się tylko za dnia.
A noc to inny świat.
Nocą dzienne ustalenia stają się bezsensowne. Wszystko, o czym wtedy myślałam obraca się w okolicach absurdu. Rozsądek? Nie ma takiego słowa. Noc żyje chwilą. Nie myśli o tym, co zdarzy się rano. Nocą niczego się nie żałuje. Nie trzeba jej niczego tłumaczyć. Można zastanawiać się w kółko nad tym samym. Nie szkodzi, że za każdym razem wnioski są inne. Nie szkodzi, że są wariacko głupie. Przecież ciemność i tak nie pozwala patrzeć dalej niż na wyciągnięcie dłoni.
A Ty? Ty bądź. Tu i teraz. Nie za chwilę i nie na chwilę. Chcę ciebie natychmiast. Wplącz się gdzieś pomiędzy moje obłąkane marzenia. Bo twój oddech zakłóca mi każdy szmer i nie muszę się zastanawiać, czy ktoś nie czai się obok, by zrobić mi krzywdę. Ale kiedy jesteś nie mam już za kim tęsknić. A kiedy idziesz, chcę ciebie znowu. Już. Tutaj. I tylko dla mnie.
Nocą modlę się o to, żeby noc mogła trwać wiecznie.
Niech trwa rzeczywistość, gdzie słowa same zmieniają się w wiersze i mają sens tylko wtedy. Gdzie płacze się tylko dlatego, że noc to idealny czas do płakania.
Gdzie jest się bardziej. Przeżywa się mocniej. Chce się więcej.
And I lie here: staring up at the stratosphere and hoping we're gonna get out of here.
And I lie here: surrounded by a range of general anaesthetics.