poniedziałek, 14 maja 2012

NIc nie jest warte tego, by było czegoś warte.




Nie do wiary, jak pusto się we mnie zrobiło. W ciągu chwili, jak na pstryknięcie palców. Bo przecież chwila wystarczy by rzucić zapałkę i podpalić stos, chwila żeby wyskoczyć z okna na jedenastym piętrze.
Tak więc szukam odpowiedniego budynku a w kilka chwil później stoję na krawędzi. Dwa centymetry od przepaści. Mając dwie drogi do wyboru. Jak my. Bo nas też jest dwoje.
Wytężam mózg po raz kolejny. Myślę najintensywniejszym procesem myślowym, jaki kiedykolwiek mógł w nim zaistnieć. Używam najsilniejszej perswazji, by przekonać samą siebie. Wmawiam sobie utartą frazę, wmawiam ją sobie nachalnie i bezczelnie. Nie, nie wierzę.
Na czym to stanęło? Aha, jestem nad przepaścią. Trzymam się framugi okna, ale jakoś niedbale. W zasadzie to przestało mi na czymkolwiek zależeć. Skończył się mój świat, w którym dane mi było na chwilę oszaleć ze szczęścia. Przed sobą widzę tylko pustą przestrzeń bez horyzontu. I nie dostrzegam tam nikogo, kto mógłby pozwolić mi znów uwierzyć. Nikt nikomu już nie szepcze do ucha, nikt dla nikogo nie umiera.
Przecież mogę się wycofać. W każdej chwili zejść na podłogę, zamknąć okno i bezpiecznie zjechać windą w dół. Mogę znów położyć się pod kocem, mocząc poduszkę. Mogę nie wychodzić z łóżka przez tydzień, nic nie jeść, przestać rozróżniać dzień i noc. Mogę zacząć oglądać kreskówki, palić papierosy, kaleczyć uszy najgłośniejsza muzyką. Nie mogę tylko cofnąć czasu.
Jestem? Nie, chyba nie. To tylko kilkanaście metrów kwadratowych skóry zamykającej pustkę. Nie słyszę, nie widzę, nie czuję. Nie potrafię już czuć. Obojętne mi już co postanowisz ze mną zrobić. Którą drogą mnie poprowadzisz. Czy pociągniesz za rękę na podłogę, czy zepchniesz, tym razem do końca. A może wyskoczysz przede mną. A może...
            Ścianę zewnętrzną budynku pokrywają małe, czarne kropeczki. Ah, jakie one zabawne. Mają takie ciekawe kształty. Może jeszcze zdążę z nimi chwilkę porozmawiać.
            Kim jesteś? Chyba cię nie poznaję. Przez chwilę tak bardzo się zmieniłeś. Jakbyś odleciał odrzutowcem kilkaset kilometrów od mojego serca a wracać musiał na piechotę. Boję się, że nie zdążysz, bo przyzwyczaję się, że cię nie ma. A przecież tyle pustki mam teraz w sobie do zapełnienia: po szczęściu, po zaufaniu, po poczuciu bycia kimś ważnym. A teraz nic już tam nie ma. Nie ma nadziei, nie ma marzeń, nie ma snów.
Kim jesteś? Bo ja jestem nikim. Dwie drogi. Góra i dół. Wdech i wydech. Dzień i noc. Szczęście i...puffff! I nic.







Leave me out with the waste this is not what I do.
It's the wrong kind of place to be thinking of you.









 

"Oto nadchodzi koniec świata. Oto nadciąga, zbliża się czy raczej przypełza mój własny koniec świata. Koniec mego osobistego świata. Ale zanim mój wszechświat rozpadnie się w gruzy, rozsypie na atomy, eksploduje w próżnię, czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej Golgoty, ostatnie okrążenie w tym maratonie, ostatnie kilka szczebli w dół albo w górę po drabinie bezsensu."












 ...and i can't face the evening straight,
and you can offer me escape.
Houses move and houses speak.
If you take me there you'll get relief, believe.















2 komentarze:

  1. Nie poddawaj się, to nie prawda, że jesteś nikim, nie mów tak i nie myśl w ten sposób, to nic nie da, nie pomoże. Bądź silna i uwierz w siebie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń