Nie do wiary, jak pusto się we
mnie zrobiło. W ciągu chwili, jak na pstryknięcie palców. Bo przecież chwila
wystarczy by rzucić zapałkę i podpalić stos, chwila żeby wyskoczyć z okna na
jedenastym piętrze.
Tak więc szukam odpowiedniego
budynku a w kilka chwil później stoję na krawędzi. Dwa centymetry od przepaści.
Mając dwie drogi do wyboru. Jak my. Bo nas też jest dwoje.
Wytężam mózg po raz kolejny.
Myślę najintensywniejszym procesem myślowym, jaki kiedykolwiek mógł w nim
zaistnieć. Używam najsilniejszej perswazji, by przekonać samą siebie. Wmawiam
sobie utartą frazę, wmawiam ją sobie nachalnie i bezczelnie. Nie, nie wierzę.
Na czym to stanęło? Aha, jestem
nad przepaścią. Trzymam się framugi okna, ale jakoś niedbale. W zasadzie to
przestało mi na czymkolwiek zależeć. Skończył się mój świat, w którym dane mi
było na chwilę oszaleć ze szczęścia. Przed sobą widzę tylko pustą przestrzeń
bez horyzontu. I nie dostrzegam tam nikogo, kto mógłby pozwolić mi znów
uwierzyć. Nikt nikomu już nie szepcze do ucha, nikt dla nikogo nie umiera.
Przecież mogę się wycofać. W
każdej chwili zejść na podłogę, zamknąć okno i bezpiecznie zjechać windą w dół.
Mogę znów położyć się pod kocem, mocząc poduszkę. Mogę nie wychodzić z łóżka
przez tydzień, nic nie jeść, przestać rozróżniać dzień i noc. Mogę zacząć
oglądać kreskówki, palić papierosy, kaleczyć uszy najgłośniejsza muzyką. Nie
mogę tylko cofnąć czasu.
Jestem? Nie, chyba nie. To tylko
kilkanaście metrów kwadratowych skóry zamykającej pustkę. Nie słyszę, nie
widzę, nie czuję. Nie potrafię już czuć. Obojętne mi już co postanowisz ze mną
zrobić. Którą drogą mnie poprowadzisz. Czy pociągniesz za rękę na podłogę, czy
zepchniesz, tym razem do końca. A może wyskoczysz przede mną. A może...
Ścianę
zewnętrzną budynku pokrywają małe, czarne kropeczki. Ah, jakie one zabawne.
Mają takie ciekawe kształty. Może jeszcze zdążę z nimi chwilkę porozmawiać.
Kim jesteś?
Chyba cię nie poznaję. Przez chwilę tak bardzo się zmieniłeś. Jakbyś odleciał
odrzutowcem kilkaset kilometrów od mojego serca a wracać musiał na piechotę.
Boję się, że nie zdążysz, bo przyzwyczaję się, że cię nie ma. A przecież tyle
pustki mam teraz w sobie do zapełnienia: po szczęściu, po zaufaniu, po poczuciu
bycia kimś ważnym. A teraz nic już tam nie ma. Nie ma nadziei, nie ma marzeń,
nie ma snów.
Kim jesteś? Bo ja jestem nikim. Dwie drogi. Góra i dół. Wdech i wydech. Dzień i noc. Szczęście i...puffff! I nic.
Leave me
out with the waste this is not what I do.
It's the wrong kind of place to be thinking of you.
It's the wrong kind of place to be thinking of you.
"Oto nadchodzi koniec świata. Oto nadciąga, zbliża się czy
raczej przypełza mój własny koniec świata. Koniec mego osobistego świata. Ale
zanim mój wszechświat rozpadnie się w gruzy, rozsypie na atomy, eksploduje w
próżnię, czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej Golgoty, ostatnie okrążenie
w tym maratonie, ostatnie kilka szczebli w dół albo w górę po drabinie bezsensu."
...and i can't face the evening straight,
and you can offer me escape.
Houses move and houses speak.
If you take me there you'll get relief, believe.
and you can offer me escape.
Houses move and houses speak.
If you take me there you'll get relief, believe.

Nie poddawaj się, to nie prawda, że jesteś nikim, nie mów tak i nie myśl w ten sposób, to nic nie da, nie pomoże. Bądź silna i uwierz w siebie.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń