Staram się wszystko sobie starannie poukładać. Uporządkować, tak, żeby miało swoje miejsce. Coś w rodzaju układania ubrań w szafie, albo książek na półce. I bardzo się troszczę o to, żeby nic nie zakłóciło mi tego sztucznego porządku, jaki sobie stworzę.
Ale to sprawdza się tylko za dnia.
A noc to inny świat.
Nocą dzienne ustalenia stają się bezsensowne. Wszystko, o czym wtedy myślałam obraca się w okolicach absurdu. Rozsądek? Nie ma takiego słowa. Noc żyje chwilą. Nie myśli o tym, co zdarzy się rano. Nocą niczego się nie żałuje. Nie trzeba jej niczego tłumaczyć. Można zastanawiać się w kółko nad tym samym. Nie szkodzi, że za każdym razem wnioski są inne. Nie szkodzi, że są wariacko głupie. Przecież ciemność i tak nie pozwala patrzeć dalej niż na wyciągnięcie dłoni.
A Ty? Ty bądź. Tu i teraz. Nie za chwilę i nie na chwilę. Chcę ciebie natychmiast. Wplącz się gdzieś pomiędzy moje obłąkane marzenia. Bo twój oddech zakłóca mi każdy szmer i nie muszę się zastanawiać, czy ktoś nie czai się obok, by zrobić mi krzywdę. Ale kiedy jesteś nie mam już za kim tęsknić. A kiedy idziesz, chcę ciebie znowu. Już. Tutaj. I tylko dla mnie.
Nocą modlę się o to, żeby noc mogła trwać wiecznie.
Niech trwa rzeczywistość, gdzie słowa same zmieniają się w wiersze i mają sens tylko wtedy. Gdzie płacze się tylko dlatego, że noc to idealny czas do płakania.
Gdzie jest się bardziej. Przeżywa się mocniej. Chce się więcej.
And I lie here: staring up at the stratosphere and hoping we're gonna get out of here.
And I lie here: surrounded by a range of general anaesthetics.





Ah, aż mi się skojarzyła piosenka Myslovitz "Długość dźwięku samotności"...
OdpowiedzUsuńPS. miejsce z pierwszego zdjęcia poznam zawsze! :)